Škrlatica - Jak porwać się z motyką na księżyc

 

Škrlatica 2740 m n.p.m.

18 sierpnia 2012 r.

Aljažev dom 1015 m n.p.m. alpejski Bivak IV 1980 m n.p.m. alpejski Škrlatica

 

   Długą drogę z Polski do Słowenii zakończyliśmy na parkingu w Dolinie Vrata w sercu Alp Julijskich.

   Obawialiśmy się, że z powodu sezonu w pełni może być problem z noclegami, tym bardziej, że ich wcześniej nie rezerwowaliśmy. Na szczęście miła pani z recepcji po zakończeniu formalności skierowała nas do drewnianego domu tuż obok schroniska Aljažev dom. Warunki w sali zbiorowej były całkiem przyzwoite, brakowało jedynie ciepłej wody w łazience :)

   Nasz plan zwiedzania Alp Julijskich na pierwszy dzień przewidywał Škrlaticę, trzeci co do wysokości szczyt tego pasma. Jak na rozgrzewkę całkiem godny cel, tylko 1725 metrów przewyższenia.

   Wyruszyliśmy około 5 rano gdy było jeszcze ciemno. Poświecając ścieżkę czołówkami pięliśmy się lekko w górę. Z upływem czasu robiło się coraz widniej, a na sąsiednich szczytach pojawiło się różowo-czerwone światło. Bardzo żałuję, że nie robiłam wtedy zdjęć. Kiedy wzeszło słońce nasz szlak wiódł stromo przez las. Zdumiewające było to, że fiołki alpejskie rosły tam praktycznie wszędzie. Sucha ziemia, białe skały i co kawałek różowe kwiaty :)

   Droga w piętrze kosówki bardzo nam się dłużyła, ale zgodnie z przewidzianym czasem dotarliśmy na wysokość, gdzie znajdował się Bivak IV. Tymczasem całkiem się zachmurzyło i zasłoniło wszystko w około. Nie obawialiśmy się tego, bo większość prognoz nie przewidywała deszczu, a ja cieszyłam się, że chmury dodadzą uroku moim zdjęciom :)

   Przy Bivaku IV postanowiliśmy odpocząć i zjeść porządne śniadanie. Podobnie zrobiła większość ludzi, co nas nie zdziwiło, bo chmury zaczęły się przerzedzać a widoki na grupę Triglava powalały. Dołączyli również towarzysze ze świata zwierząt - barany! Nie mogliśmy ogarnąć jak one tam wlazły. Objadały się łupinami z naszej kalarepy i odważnie podchodziły do ludzi.

   Dalsza droga okazała się trudniejsza niż przypuszczaliśmy. Nie mam tu na mysli trudności technicznych, była po prostu długa i męcząca oraz w pełnym słońcu. Najbardziej w kość dało nam podchodzenie po piargach - kruchych i drobnych kamieniach, które uciekały spod nóg. Wyglądało to tak, że szliśmy 2 kroki w przód i jeden w tył, co nie było motywujące. Miałam kryzys i przez chwilę byłam zdecydowana, że zostanę i poczekam na Grześka. Jednak perspektywa siedzenia z bandą baranów (one są wszędzie!) nie przypadła mi do gustu. Poza tym... ja nie wyjdę? Pokonałam "coś" w sobie i poszliśmy dalej.

   Wspinanie via ferratą rozpoczęliśmy bez lonży. Zakończyliśmy ją bez problemu ale mocno wyczerpani, a szczyt w zasiegu wzroku nie pozwalał zrezygnować. Szczególnie ja "jechałam" już na oparach. Wyczłapałam na górę i poległam pod krzyżem, gdzie spałam około pół godziny, Grzesiek mówił, że głośno chrapałam :) Dawno nie byłam tak wykończona, bałam się, że stamtąd nie zejdę. W takich chwilach przydałaby się paralotnia by móc zlecieć w dolinę.

   Względnie zregenerowani zaczęliśmy schodzić. Niestety w połowie drogi zabrakło nam picia i jedzenia. W Julijskich nie można liczyć na wodę ze strumienia tak jak ma to miejsce w Tatrach, więc około 2 godzin szliśmy mega spragnieni. Zmęczenie powodowało poczucie, że schodzimy dłużej niż wychodziliśmy.

   Wszystko ok ale pragnęliśmy już tylko napić się i odpocząć. Ogromna była nasza radość na widok schroniska i zapach jedzenia dobiegający z kuchni. Nigdy wcześniej zupa ani piwo nie smakowały tak bardzo, nigdy wcześniej nie doceniałam tego, że wróciłam cała i zdrowa. To była dla nas nie lada nauczka. Inne góry, inna ich specyfika, nie doceniliśmy ich a przeceniliśmy siebie.

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież