Pańszczycka Przełączka Wyżnia

2 kwietnia 2011 r.

Kuźnice niebieski Hala Gąsienicowa niebieski Czarny Staw Gąsienicowy zolty żlebem na Pańszczycką Przełączkę Wyżnią 2171 m n.p.m.

 

   Pogoda w drodze do Zakopanego nie dawała jednoznacznej odpowiedzi co nas czeka tego dnia. Planem było drugie śniadanie na szczycie Skrajnego Granatu (2225 m n.p.m.).

    Przez Boczań szliśmy szybko, chcieliśmy się dobrze rozgrzać przed stromym podejściem. Zjedliśmy posiłek na Karczmisku (1499 m n.p.m.) i sunęliśmy dalej w stronę hali. Chmury wisiały nad szczytami i co jakiś czas robiła się dziura, przez którą słońce wspaniale oświetlało ośnieżone zbocza.

    Sprawnie dotarliśmy do Czarnego Stawu Gąsienicowego, skrót po nim odpuściliśmy sobie ale nie brakowało śmiałków, głównie skitourowców, którzy przemierzali jego taflę. W końcu weszliśmy na żółty szlak prowadzący do naszego celu. Mokry śnieg, topniejące oblodzenia i śliskie kamienie dawały popalić. Szło się wyjątkowo źle, za wcześnie na raki lecz bez nich można było potańczyć na lodzie ;-)

    Byliśmy na Skrajnym Granacie latem i chcieliśmy wyjść na niego tą samą drogą. Na szlaku spotkaliśmy dwóch turystów, którzy również wybrali ten sam szczyt. Bez namysłu postanowiliśmy pójść za nimi, jak nam powiedzieli, wariantem zimowym.

    Zadowoleni z rozwoju sytuacji ruszyliśmy w górę. Po pewnym czasie weszliśmy do żlebu, który robił wrażenie i wraz z wysokością stawał się coraz stromszy i węższy. Aż mnie ciarki przechodziły na myśl, że tamtędy będzie trzeba schodzić.

    Panowie szli przodem, choć moje tempo nie było gorsze. W końcu doszliśmy do grani a tu zaskoczenie, to jeszcze nie szczyt. Zaczęliśmy się rozglądać którędy teraz pójdziemy i nie było gdzie. Tam przepaść, tu stromo do góry. Jesteśmy w d... Tamci zaczęli uzbrajać się w sprzęt do wspinania a my z nadzieją obserwowaliśmy ich i szacowaliśmy czy damy radę bez liny dotrzymać im kroku.

    Żal nas ściskał, że tak blisko byliśmy a musieliśmy posłuchać głosu rozsądku i wracać na dół. Na dół!? chyba wykrakałam to zejście żlebem. Łatwo nie było, momentami warstwa śniegu wyjeżdżała spod nóg. Czekan okazał się niezbędny.

    Po zejściu nad staw z niedowierzaniem patrzyliśmy na przełączkę, którą odwiedziliśmy czystym przypadkiem i z zawodem na szczyt Skrajnego Granatu gdzie nie dotarliśmy.

   Staralismy się znaleźć pozytywy całej sytuacji, niewątpliwie były nimi widoki, które dane nam było oglądać z innej, nieznanej dotychczas perspektywy. Z jednej strony łagodne kopuły Czerwonych Wierchów a z drugiej strzeliste wieże najwyższych tatrzańskich szczytów.

 

 

 

 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież