Grań Kościelców (III)

Zadni Kościelec - Kościelec 

2 października 2011

Kuźnice niebieski Hala Gąsienicowa czarny ścieżką do Mylnej Przełęczy - Szafa - Zadni Kościelec 2162 m n.p.m. - Kościelcowa Przełęcz

- Kościelec 2155 m n.p.m. czarny Karb niebieski Schronisko Murowaniec

 

   Fajnie się złożyło bo pogoda dopisała i mieliśmy wystarczająco dużo czasu by zrealizować w Tatrach coś fajnego. Przed szóstą wyruszyliśmy w kierunku Kuźnic, następnie przez Boczań na Halę Gąsienicową. Pierwsze kroki mieliśmy skierować do Murowańca by zaklepać sobie nocleg i zostawić większość rzeczy, które na Kościelcach nie będą nam potrzebne. Po drodze nasze myślenie uległo pewnej korekcie i zdecydowaliśmy, że szkoda czasu więc idziemy od razu na Mylną Przełęcz. W końcu GK nie jest taka trudna i damy radę również z większymi plecakami.

   Po zejsciu z czarnego szlaku trochę się motaliśmy ale najważniejsze, że cel pośredni był coraz bliżej i cały czas go widzieliśmy. W ścianach Kościelca działało juz kilka grup wspinaczy. My rozsiedliśmy się wygodnie na przełęczy i zaczęliśmy przygotowania do wspinu na Szafę. Jakiś czas byliśmy sami, ale po chwili dołączył do nas jeden zespół. Panowie poszli pierwsi a my zaraz za nimi. Pierwsze wspinanie w Tatrach wywołało w nas nie lada przeżycia, wręcz swego rodzaju podniecenie.

   Grzesiek asekurował. Obawy, które miałam przy pierwszych krokach szybko odeszły w zapomnienie (to słynne tarcie), poczułam się pewniej i napierałam do góry. Na Szafie założyłam stanowisko z pętli i do góry pocisnął Grzesiek.
Na Mylnej kłębiło się coraz więcej ludzi, wiedzielismy, że jeśli nie ruszymy dalej to będzie nieciekawie. Dalej asekurując obserwowałam poczynania partnera. Kolejny odcinek pokonaliśmy na lotnej i dotarliśmy do trójkowego uskoku. Po nim jeszcze kawałek na lotnej i zanleźliśmy się na Zadnim Kościelcu.

   W końcu mogłam na chwilę zdjąć buty wspinaczkowe i dać stopom odpocząć.

   Zupełnie inaczej wygląda świat z tej perspektywy. Kiedyś siedząc na Kościelcu patrzyłam w kierunku grani, nawet nie wiedziałam jak się "to coś" nazywa i mogłam tylko pomarzyć, że tutaj będę. Jak widać marzenia spełniają się :)

   Kontynuując na asekuracji lotnej szliśmy tym razem w dół w kierunku Przełęczy Kościelcowej, znajdującej się na wysokości 2110 m n.p.m. Zejście granią wprost na przełęcz nie było takie łatwe jak nam się wydawało. Przypuszczam, że zabrakło nam tutaj doświadczenia i obycia ze skałą. Wobec powyższego poszukaliśmy sobie obejścia, które zważywszy na nasz nadbagaż okazało się "zabawą ryzyk-fizyk". Nieco podenerwowani i na szczęście bez szwanku znaleźliśmy się na przełęczy.

   Znowu przypadło mi w udziale prowadzenie wyciągu, rozpoczęłam wspin na Kościelec, sprawnie dotarłam do pierwszego stanowiska z zamiarem zainstalowania się na nim. Nie wiem co mną zawładnęło w tamtym momencie ale poszłam dalej. Założyłam kilka przelotów i niestety lina zaczęła się blokować. Nie było odwrotu, musiałam dać sobie z tym radę. Chwilami czułam się jak wół pociągowy, klęłam jak wściekła i śmiałam się przez łzy, czułam się mała i bezradna lecz cały czas napierałam do góry. W tamtym momencie nie pragnęłam niczego tylko dojść do szczytu, zachować spokój i skutecznie zaasekurować Grześka. Mam nadzieję, że ta nauka nie pójdzie w las.

   Nic mnie tak nie rozbroiło na koniec jak zadowolony z siebie partner niezdający sobie sprawy z mojej walki.

   Podsumowując: było super! chcemy jeszcze! wspin w granicie wymiata! jesień w Tatrach to bajka!

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież