Böses Weibl - trzytysięcznik z widokiem na Grossglocknera

Najczęściej to Grossglockner jest głównym celem wyjazdu w Wysokie Taury. Nic dziwnego, bo najwyższy szczyt Austrii działa na wyobraźnię i przyciąga rzesze turystów oraz alpinistów. Ale Wysokie Taury to nie tylko „Gross”. To także wiele innych trzytysięczników, liczne doliny, via ferraty, a zimą wspaniałe tereny narciarskie. Można tu zarówno wspinać się z liną, maszerować po rozmaitych szlakach, jak i zwyczajnie wylegiwać się na alpejskich łąkach, chłonąc majestat krajobrazu.

Nasz plan na ten wyjazd był jasny: zdobycie najwyższego szczytu Austrii. Ale skoro już jesteśmy w sercu Glocknergruppe, warto spojrzeć na „Grossa” z innej perspektywy i odwiedzić mniej znane szczyty. I tak dzisiejszym celem stał się Boses Weibl w sąsiadującej Schobergruppe, którego wysokość według mapy to 3119 m n.p.m.

 

Podejście na przełęcz Peischlachtörl

Wyruszamy wczesnym rankiem. Niebo jest bezchmurne, a pierwsze promienie słońca muskają najwyższe wierzchołki. Początkowo szlak prowadzi nas przez las, później wychodzimy na otwarty teren, gdzie po drodze mijamy kilka drewnianych domów w tyrolskim stylu. Za ostatnim z nich zaczyna się mozolne podejście stromym, trawiastym zboczem. Koncentrujemy się na każdym kroku i omijamy kolejne krowie placki. Klimat górskiego pastwiska jest tu bardzo wyczuwalny.

Po chwili teren łagodnieje i dochodzimy do chatki pasterskiej. Obok niej stoi ławeczka z widokiem na jeszcze skrytą w cieniu dolinę, ale już kuszącą obietnicą pięknych kadrów w drodze powrotnej.

Dalej prowadzi nas w górę wąska ścieżka trawersująca zbocze. Cały czas towarzyszy nam szum potoku płynącego dnem żlebu.

Po dwóch godzinach osiągamy przełęcz Peischlachtörl, gdzie znajduje się skrzyżowanie szlaków i drewniany schron. To idealne miejsce na przerwę: ławka, słońce i piękna panorama.

Stamtąd przyszliśmy

Schron na przełęczy Peischlachtörl na wysokości 2484 m

W stronę Boses Weibl

Po krótkim odpoczynku ruszamy dalej. Szeroka dolina wita nas spokojną ścieżką, a wokół piętrzą się wysokie góry i ich skaliste grzbiety. Najbardziej naszą uwagę przyciąga rozłożysty szczyt w dali, aż chciałoby się iść w jego stronę. Jednak nasz szlak skręca w prawo, ku stromemu, skalno-trawiastemu zboczu. Tu zaczyna się długie podejście zakosami.

Z każdym krokiem otwiera się coraz szersza panorama. W pewnej chwili zza grani wyłania się znajoma sylwetka, to Grossglockner. Wygląda imponująco, jakby pilnował całej okolicy.

Widok z pierwszych metrów podejścia

Zbliżenie na nasz ulubiony szczyt

I dalej w górę

Jest i Grossglockner

Po kolejnych kilkudziesięciu minutach marszu docieramy na rozległy, trawiasty taras, na którym pasie się stadko baranów. Zaciekawione podnoszą głowy, ale nic nie robiąc sobie z naszej obecności i kontynuują skubanie trawy.

Idziemy dalej łagodnie pod górę, a krajobraz staje się coraz bardziej surowy i zieleń ustępuje miejsca skałom, głazom i piargom. Nasz cel widać teraz jak na dłoni. Choć Boses Weibl wydaje się być blisko, wiemy, że wciąż czeka nas spory wysiłek.

Piramida Boses Weibl

Panorama w kierunku północno-wschodnim

Po lewej stronie "Grossa" wychyla się Grögerschneid, ciekawy szczyt o wysokości 3660 m

A Grossglockner to tamten... ;)

Po kilku kwadransach marszu docieramy do szlakowskazu na wysokości około 2700 m. Oznacza to, że wciąż musimy pokonać około 400 metrów przewyższenia, co przy tutejszym nachyleniu terenu przekłada się zapewne na dystans ok. 2 kilometrów do celu.

W dali wyłaniają się kolejne szczyty, które dotychczas chowały się za zielonym grzbietem

Jeszcze długa droga przed nami...

Cały czas widać w dali szczyt, który nam się spodobał

Dobrze widać lodowce, którymi wędrowaliśmy na Grossa

Wielki Dzwonnik (Grossglockner) z bliska

Na szczycie – 3119 m n.p.m.

Ostatnie kilkaset metrów podejścia wiedzie przez rozległe pole piargów. Szlak nie jest wprawdzie technicznie trudny, ale wymaga dobrej kondycji i skupienia, bo miejscami ścieżka jest krucha i niewygodna. Natomiast grań prowadząca na szczyt zbudowana jest z większych i jakby poukładanych głazów. Ten odcinek pokonujemy szybko i wreszcie stajemy na wierzchołku Boses Weibl.

Widok z góry jest imponujący. Od strony północnej dumnie wznosi się Grossglockner, który dominuje nad całym krajobrazem i połyskuje jęzor lodowca Pasterze. Z drugiej strony rozciągają się surowe grzbiety i głębokie doliny, zdające się nie mieć końca. To miejsce, w którym naprawdę można poczuć potęgę Wysokich Taurów.

Panorama na północny-wschód

W dole Kals

Grań wyprowadzająca na wierzchołek Boses Weibl

Po drodze spotkaliśmy zaledwie jedną turystkę, która schodziła już w dolinę, więc byliśmy przekonani, że na górze będziemy zupełnie sami. Ku naszemu zaskoczeniu, na szczycie siedzi jednak kilka osób. Przysiadamy obok nich i delektujemy się szeroką panoramą.

Granią do Gernot-Röhr-Biwak

Zamiast wracać tą samą trasą, decydujemy się iść dalej granią w stronę Gernot-Röhr-Biwak. Oficjalnie nie ma tutaj szlaku, ale droga jest dobrze wydeptana i przy takiej pogodzie nie powinniśmy się zgubić. Ścieżka prowadzi przez surowy teren, miejscami wąski i eksponowany, ale niezwykle malowniczy. Każdy krok dostarcza nowych widoków. Raz spoglądamy w stronę Grossa, raz doliny po drugiej stronie i na otaczające nas z każdej strony nieznane szczyty.

Po pewnym czasie docieramy do charakterystycznej metalowej budki biwakowej, stojącej samotnie wśród skał. Gernot-Röhr-Biwak to niewielki schron, w którym można spędzić awaryjnie noc. Dla nas to idealne miejsce na chwilę odpoczynku i podziwianie widoków. Cisza i przestrzeń sprawiają, że trudno stąd ruszyć dalej.

Widoki wciąż piękne

Boses Weibl widziany z grani

Przełęcz i schron już blisko

Gernot-Röhr-Biwak

Powrót

Od biwaku zaczynamy zejście szlakiem prowadzącym z powrotem w stronę przełęczy Peischlachtörl. Najwięcej uwagi wymaga pierwsza część drogi, czyli zejście z grani w stronę doliny. Stromy, skalisty odcinek zmusza nas do ostrożnych kroków, miejscami trzeba pomagać sobie rękami, by zachować równowagę. Kiedy wreszcie schodzimy niżej, teren staje się łagodniejszy, a ścieżka prowadzi wygodnym trawersem.

Widoki w tym miejscu są wyjątkowe, niemal przez cały czas przed oczami mamy Grossglocknera wraz z jego imponującym otoczeniem.

Jedną z największych atrakcji tego odcinka jest górskie jezioro o intensywnie turkusowej barwie. Jego spokojna tafla wygląda jak klejnot wciśnięty w surowe, skalne otoczenie. Kontrast pomiędzy delikatnym kolorem wody a posępną szarością kamieni sprawia, że zatrzymujemy się na chwilę, by nacieszyć oczy tym niezwykłym widokiem.

Turkusowe jezioro Kesselkeessee

Słońce świeci już wysoko, a dolina, która o poranku tonęła jeszcze w cieniu, teraz lśni pełnią barw. Soczysta zieleń alpejskich łąk kontrastuje z błękitem nieba i bielą obłoków. Krajobraz wygląda jak z bajki, jakby ktoś podkręcił kolory na pocztówce, by jeszcze mocniej zachwycały oko.

Na tym tle samotny masyw Boses Weibl prezentuje się zupełnie inaczej. Z tej perspektywy wydaje się posępny, niemal groźny, jakby nie pasował do sielankowego otoczenia. Może właśnie dlatego nadano mu tak osobliwą nazwę Boses Weibl, co w tłumaczeniu na polski oznacza „Zła kobieta”. I rzeczywiście, w tym momencie jego mroczna sylwetka wyraźnie kontrastuje z pogodną scenerią doliny, jakby skrywał w sobie jakąś starą alpejską legendę.

"Zła kobieta" patrzy na nas z góry

Na przełęczy robimy krótką przerwę, po czym ruszamy w dół. Ścieżka i teren niby znane, a jakże inaczej wygląda to wszystko gdy świeci słońce. Zachwycam się tym fragmentem drogi, bo jest rzeczywiście uroczy i fotogeniczny. Rano nie było do tego warunków, więc teraz wykorzystuję okazję by zrobić trochę zdjęć.

Jedna z moich ulubionych roślin w górach - Dzika bawełna

I ponownie przy schronie

Przełęcz zostawiamy za nami

Wszechobecne wrzosy

Ciekawe skałki na trawersie

Trawers z pięknymi widokami

Jest i chatka z ławeczką

Tak będę leżeć...

Widać już pierwsze domy, jeszcze trochę i będziemy na dole

Tu mogłabym mieszkać

Po kilku godzinach docieramy na parking pod Lucknerhaus, gdzie kończy się nasza pętla. Przejście całej 15 kilometrowej pętli zajęło nam niespełna 9 godzin, licząc odpoczynki i krótsze postoje na robienie zdjęć (mapy.com). Pokonaliśmy 1200 m przewyższenia w górę i tyle samo w dół.

Przypadek sprawił, że weszliśmy na ciekawy trzytysięcznik, przeszliśmy widokową trasę i zobaczyliśmy Grossa z zupełnie innej perspektywy. Ta wycieczka, przy tak sprzyjającej pogodzie, okazała się strzałem w dziesiątkę.

Grossglockner pod chmurką

Stylowy budynek Lucknerhaus

Przyszedł czas na szybkie odświeżenie. Co prawda tutejsze łazienki nie oferują pryszniców, ale dla chcącego nic trudnego. Gotujemy liofilizowany obiad, a w międzyczasie wyciągamy rzeczy z samochodu i robimy porządki w bagażach.

Niebo jednak szybko się zmienia, pojawiają się gęste chmury, a w oddali słychać pierwsze pomruki burzy. To skutecznie przyspiesza nasze działania. Błyskawicznie pakujemy wszystko z powrotem i ruszamy w dalszą drogę, zostawiając nadciągającą nawałnicę za sobą. 

Przez dwie godziny dosłownie ścigamy się z burzą i deszczem. Niestety, natura okazuje się szybsza, w końcu i tak nas dopada nad jeziorem Zellersee, gdzie zaplanowaliśmy nocleg.

W górach mrocznie

Chmura burzowa zbliżająca się nad jezioro Zellersee

Trasa:

Lucknerhause  Przełęcz Peischlachtörl (2484 m)  Böses Weibl (3119 m)  Przełęcz Kesselkeessattel (2912 m)  Przełęcz Peischlachtörl  Lucknerhause 

Cześć! Jeśli podobają Ci się moje fotorelacje na blogu i masz ochotę mnie wesprzeć, możesz postawić mi wirtualne ciacho.